top of page
Szukaj

[3] Unfiltered by Lara Kozlova. Between the lines.

  • Zdjęcie autora: theartoflara
    theartoflara
  • 9 cze 2025
  • 4 minut(y) czytania

Dzisiaj mniej narzekania, a więcej o mnie.


Przestrzenie, w których oddycham.

Nie wiem co sobie wyobrażacie kiedy myślicie o mnie. Że cały dzień spędzam w bieliźnie, prężąc tyłek pod odpowiednim kątem? Że mieszkam w pałacu z marmuru, codziennie pije prosecco, a do łóżka prowadzi mnie prywatny lokaj? No to… trochę się mylicie. Nie jestem typem człowieka co stawia kryształowe misy z suszonymi płatkami róż w salonie, bo “energia”. Nie wycieram też stołu w kuchni białą szałwią. Jak potrzebuje przestrzeni do oddychania to oddycham, tak po prostu. I najlepiej w ciszy.


Mój dzień przeważnie jest taki sam, jeśli chodzi o same podstawy. Wstaje jak każda inna osoba z ambicjami - z ciężką głową i pytaniem do świata: czy dzisiaj mnie ktoś wkurwi bardziej niż wczoraj? Potem naturalnie poranna toaleta. I przychodzi czas na kawę. Czarną kawę. Zwykła, czarna i mocna jak moje spojrzenie. W kubku, który ma odprysk, ale nie mam czasu go wymienić, bo ważniejsze jest to co się dzieje w moim telefonie. Mail, media społecznościowe. Zawsze ktoś czegoś chce - rady, zdjęcia, atencji, a czasem po prostu mnie. I wiecie co? Lubię to, lubię mieć wpływ. Fajnie jest być tą, której głos trafia do setek ludzi, ale też zanim zacznę robić cokolwiek dla świata - robię coś dla siebie.



Idę na taras, na którym czeka na mnie mata do jogi. Tam rozciągam wszystko - ciało, myśli, a czasami granice. W słuchawkach przeważnie dźwięki natury, albo podcast o tym jak nie dać się pożreć temu zjebanemu światu (albo teorie spiskowe). Często po samej jodze wsiadam na rower. Nabijam kilometry przez miasto, w którym już dawno przestałam się gubić, ale też często wyjeżdżam na obrzeża - szczególnie na wzgórza, które dają w kość. Ale też często robię sobie przerwę od nadmiernego wysiłku. Bo wiecie, bycie bioniczną babą to też zmęczenie. Czasem też… kończę poranek inaczej. Sama ale w najlepszym możliwym towarzystwie - moim ciałem i ulubionym wibratorem. Serio, samoopieka ma różne twarze, a jedna z nich ma tryb pulsacyjny i ładuje się na USB.


Natomiast wieczory w moim wykonaniu to całkowicie inny teatr. Zrzucam zbroję z całego dnia. Wanna, olejki, czasem sól z jakiegoś miejsca, którego nawet nie potrafię wymówić. Czasem Netflix, czasem tylko cisza. Uwielbiam ciszę, ale taką, która pachnie czymś miłym, a nie nudą. Zdecydowanie nie jestem kobietą świec zapachowych i baldachimów, ale jestem kobietą, która potrafi zatopić się w chwili - z kubkiem zielonej herbaty albo… kiedyś ze szklanką whisky (teraz nie piję alkoholu). Zmywam makijaż, ale nie charakter. To zostaje.


A wiecie co jest najważniejsze w tym wszystkim? Moje życie nie jest jak serial. Nie ma fabularnych twistów co dziesięć minut. Czasem jest nudne, czasem chaotyczne, ale zawsze moje. Mówią, że kobieta to tajemnica, ale ja mówię. Tylko ludzie nie potrafią słuchać. Ja mówię cały czas ciałem, słowami, spojrzeniem, tym co publikuje i tym co zostawiam między wierszami. Co mnie relaksuje najbardziej? Poczucie kontroli. Świadomość, że nawet jeśli wszystko się spierdoli to ja mam poduszkę bezpieczeństwa. I nie, nie chodzi tylko o pieniądze, ale nie oszukujmy się - pieniądze to wolność. A wolność to luksus, który smakuje lepiej niż seks po miesięcznej przerwie. 



Nie mam domu-marzenia z Pinteresta. Mój apartament to po prostu przestrzeń. Częściej nijaka, niż piękna. Nie jestem minimalistką, ale jestem wybredna. Nie otaczam się blichtrem, tylko rzeczami, które mi coś dają. Wolę motorówkę niż kolacje z facetem, który nie wie gdzie jest łechtaczka. Wolę zapach soli na skórze niż perfumy z butelki za tysiąc dolarów.


Nie jestem z tych co traktują dom jak świątynie.

Mój dom to bardziej baza, niż miejsce do życia - punkt startowy, pit stop i miejsce gdzie wracam, żeby się przebrać, przespać, przytulić siebie do siebie i… ruszyć dalej. Prawdziwą świątynią są dla mnie podróże.


Nie muszą być dalekie, bo czasem wystarczy wsiąść do samochodu, puścić za głośno playlistę i po prostu jechać. W stronę oceanu, w stronę pustyni, czy w stronę miejsc, gdzie nikt mnie nie zna i nikt niczego ode mnie nie chce. Czasem zabieram tylko strój kąpielowy, matę do jogi i krem z filtrem. Czasem nawet tego nie. Podróż nie musi być zaplanowana - często najlepsze są te, które wyglądają na spontaniczny skok z klifu: bez mapy, bez scenariusza, z włosami rozwianymi i otwartym sercem.


Robię to naprawdę często, kilka razy w miesiącu. Jednodniowe ucieczki, które pachną wolnością, kawą z przydrożnej stacji i snem w hamaku. Lubię te chwile, kiedy nie muszę nikomu mówić gdzie jestem, albo kiedy jedyną decyzją dnia jest to czy zatrzymać się teraz, czy za kilometr. To jest mój luksus. Nie marmurowe wnętrza, nie kryształowe żyrandole, ale możliwość zniknięcia. Odcięcia się.



Wiecie co jest najlepsze w tym wszystkim? Wracam po takich podróżach… inna. Trochę bardziej spokojna. Trochę bardziej pewna, że życie jest naprawdę moje. I jeśli dziś wszystko się posypie to mam dokąd uciec. Nawet jeśli to tylko motel z różową pościelą i prysznicem, który cieknie. Nie szukam perfekcji. Szukam momentów, a najlepsze dzieją się właśnie wtedy kiedy nie muszę być Larą Kozlovą, tylko po prostu kobietą z plecakiem i odciśniętym śladem na skórze od bikini.



Dzisiejszy blog nie jest już tylko narzekaniem na otaczającą nas rzeczywistość. Dziś chciałam pokazać, że za zdjęciem w bieliźnie jest kobieta, która potrafi napisać więcej niż trzy hashtagi i która nie potrzebuje aprobaty, ale lubi ją czasem poczuć. Która nie gra w grę - zobacz jak jestem doskonała - bo w tej grze nie ma wygranych. Czasem jestem słaba, czasem płaczę pod prysznicem. Czasem nie chce mi się nawet wstać z łóżka, ale potem przypominam sobie kim jestem. I wstaję. Jeśli chociaż jednej osobie z was ten wpis przypomni, że można żyć po swojemu to było warto. A jeśli komuś się to nie spodoba - to też dobrze. Nie jestem dla wszystkich, nie wszyscy muszą mnie lubić i nie piszę tego dla wszystkich. Piszę to dla tych, którzy rozumieją. Zrób dziś coś tylko dla siebie. Zamknij oczy, wyłącz telefon i zapytaj siebie: czy naprawdę żyje po swojemu? Jeśli nie - to pora zacząć.


 
 

© 2025 by Lara Kozlova. Powered and secured by Wix

bottom of page